Rafał Pacześ–ZOBA CO JES
„ZOBA CO JES” to czwarty solowy program Rafała Paczesia, zarejestrowany w 2021 roku w Gdynia Arenie przed kilkutysięczną widownią. Program wyznacza punkt, w którym polska scena stand-upowa formalnie wkracza na stadiony – Pacześ wyprzedał Gdynia Arenę i katowicki Spodek, zestawiając swój zasięg z Dawidem Podsiadłą czy Ryśkiem Riedlem. To nie jest deklaracja skromności. Wejście ukrytego w wersalce z OLX za 250 złotych, przy 7 tysiącach widzów, mówi wszystko o tym, jaką narrację Pacześ chciał zbudować tej nocy.
Program tematycznie kontynuuje mapę z „Pudru do cery zimnej” – przeprowadzka z kamienicy do apartamentu, awans klasowy jako źródło lęku, relacje damsko-męskie jako pole bitwy – ale scala te wątki z materiałem autobiograficznym, którego wcześniej nie było: relacją z ojczymem-survivalowcem i blokiem o dzieciństwie, które wyjaśnia, skąd w ogóle bierze się persona „Grubego Wióra”. Do tego dochodzi ekipa remontowa Kogucik, postać Pana Kazia, awaryjne lądowanie na pokładzie LOT-u i finał w Tel Awiwie – program, który nie pozwala sobie na chwilę oddechu.
Wersalka w hali, prodiż w głowie
Wejście z wersalki jest najlepszym pomysłem inscenizacyjnym w całym dorobku Paczesia. Nie dlatego, że jest efektowne – choć przy skali Gdynia Areny efekt jest bezsporny. Dlatego, że wersalka robi dokładnie to, co powinna robić każdy otwierający gest: ustawia temat całego wieczoru zanim komik wypowie pierwsze zdanie. Polska lat 90., meblościanka, Horyzont, Familiada – Pacześ wychodzi spod tkaniny i od razu jest jasne, że ten człowiek z 7 tysiącami widzów przed sobą nadal jest chłopakiem, który oglądał Klan w salonie z wersalką. Wszystko, co potem, jest rozwinięciem tej jednej metafory.
Najsilniejszym blokiem programu jest sekwencja o ojczymie – i jest to jednocześnie fragment, którego nie ma w żadnym poprzednim programie Paczesia. Pompki na pięściach do krwi przed szkołą, wyprawa na narty przerobiona w survival, złamane narty i ojczym czołgający się w śniegu – Pacześ gra tu nie tylko na komizmie, ale na uczuciu, które publiczność zaraz rozpozna: że twardy facet, który robił ci krzywdę, był jednocześnie najciekawszą osobą w twoim dzieciństwie. Blok kończy się etymologią słowa „pasierb” wywiedzoną od „półpaśca” – puenta wyjątkowo mała jak na ciężar poprzednich minut, ale właśnie to niedopasowanie działa. Pacześ celowo spuszcza powietrze w chwili, gdy emocja jest największa.
Słabszą stroną „ZOBA CO JES” wobec „Pudru” jest to, że kilka bloków pracuje w trybie obserwacyjnym zamiast osobistym. Randka w Elblągu (H2O i audiobooki Kinga nagrywane z głowy) jest poprawna i ma mocne pojedyncze żarty, ale Pacześ jest w niej krytykiem, nie uczestnikiem – brakuje tego momentu, w którym komik zdradza, że ta historia kosztowała go coś więcej niż czas. Podobnie środkowa część bloku o remontach, zanim wchodzi Pan Kaziu, traci tempo przez kilka minut nadmiarowej narracji. „Puder” był programem bez tej straty.
Ojczym na nartach – złamane narty i pompki na pięściach
Najlepiej zbudowany blok emocjonalny w całym dorobku Paczesia. Historia zaczyna się od poranka z pompkami na pięściach do krwi pod hasłem „pizdę uszu”, eskaluje przez wyposażenie narciarskie złożone z łańcuchów na letnie opony i dzikie zjazdy między sosnami, i kończy się obrazem ojczyma czołgającego się w śniegu ze złamanymi nartami i pomponikami od kombinezonu. Pacześ nie komentuje tej sceny żartem – pozwala jej wisieć chwilę w ciszy przed przejściem do następnej. To jedyny moment w jego karierze, gdzie śmiech i coś głębszego zajmują tę samą przestrzeń jednocześnie.
Pan Kaziu i grzejnik – „każdy chuj ma swój strój”
Postać Pana Kazia to najlepsza kreacja charakterologiczna w programie. Pacześ buduje ją na kontraście: tatuaże z cytatami filozoficznymi jak wzór chemiczny na gładź szpachlową, chodząca po drabinie jak na szczudłach, jeżdżąca do Biedronki w trakcie pracy – i absolutna, spokojna pewność siebie w każdym słowie. Puenta z grzejnikiem powieszonym krzywo jest precyzyjna: Kaziu nie tłumaczy, nie przeprasza, wydaje wyrok. „Każdy chuj ma swój strój” działa, bo Pacześ doskonale wie, że ta odpowiedź nie jest śmieszna – ona jest rozbroić komika z jednym zdaniem.
Awaryjne lądowanie – Janusz ekspert i Helena stewardessa
Blok zbudowany na dwóch postaciach, które są biegunowo różne, ale reagują na kryzys tak samo głupio. Helena – stewardessa starsza niż polskie bilety lotnicze, grząca między pasażerami i budząca się zirytowana komunikatem o usterce – kontra Janusz analizujący turbiną w kolejce do kibla w skarpetach. Pacześ inscenizuje chaos fizycznie: maska tlenowa, kobieta recytująca przepis na szarlotkę podczas modlitwy, żona bijąca męża że to jego wina że wybierał Meksyk zamiast Władysławowa. Jeden z nielicznych bloków w programie, gdzie fizyczność dorównuje blokowi z Mustangiem z „Pudru”.
Randka w Elblągu – obserwacja bez osobistego rdzenia
Blok o dziewczynie, która nie zna wzoru na wodę i wierzy, że Stephen King nagrywa audiobooki „z głowy”, ma dobre żarty jednostkowe – ale Pacześ jest w nim obserwatorem, nie uczestnikiem. Nie dowiadujemy się niczego o nim samym poza tym, że był z kimś głupszym od siebie przez pół roku. W porównaniu z blokami o ojczymie lub Panu Kaziu, gdzie komik zdradza coś o sobie przez opisywanie innych, randkowy blok brzmi jak materiał z innego wieczoru.
Środkowa część bloku remontowego – za długa zanim pojawi się Kaziu
Sekwencja o wyborze klamki, listew przypodłogowych i lampy włoskiej trwa kilka minut za długo zanim ekipa Kogucik wchodzi na scenę i program znów zaczyna żyć. Pacześ zbudował tę część jako wyliczankę absurdów związku przy remoncie – każdy z nich jest trafny, ale razem brzmi jak kompilacja, a nie historia. „Puder” miał podobny temat (Lidl, legginsy) i zamykał go w dwa razy krótszym czasie.
Finał Tel Awiw – mocna koncepcja, długie dojście
Puenta karmiczna – Pacześ biegnący przez Tel Awiw z zaschniętą spermą na brodzie jako kara za żarty z gejów – jest jedną z najlepiej skonstruowanych puentowych idei w jego dorobku. Problem w tym, że droga do niej prowadzi przez kilka minut bloku o seksie, który eskaluje bez dyscypliny tempa „Pudru”. Finał działa, ale widzowie docierają do niego zmęczeni, zamiast gotowi.
Skala Gdynia Areny wymaga zarządzania przestrzenią, której klub nie uczy. Pacześ rozwiązuje to przez acting-out – stewardessa Helena, bieg z prezerwatywą, ojczym na nartach – wykonywany z energią dopasowaną do tysiąca widzów zamiast dwustu. Wejście z wersalki to jeden z najlepszych gestów inscenizacyjnych w polskim stand-upie. Jedyne zastrzeżenie: w kilku blokach tempo gestów nie dorównuje już tempu słów.
Program ma trzy silne bloki narracyjne (ojczym, Pan Kaziu, awaryjne lądowanie) i kilka słabszych bloków obserwacyjnych, które nie trzymają tego samego tempa. Klamra wersalki – od rekwizytu przez intro, przez mebl u Elżuni w Klanie, po integrację osiedlową – jest wykonana precyzyjnie. Finał Tel Awiw koncepcyjnie świetny, ale za długo dochodzący do puenty. Ogólnie słabsza architektura niż w „Pudrze”.
Blok o ojczymie otwiera terytorium, którego wcześniej nie było – dzieciństwo jako źródło persony, a nie tylko zasób anegdot. „Elektryczne bociany”, prodiż jako „statek kosmiczny dla karaluchów”, Stasia z Kazachstanu w Klanie – to materiał hermetycznie łódzki i hermetycznie polski, ale właśnie dlatego rezonujący. Randka w Elblągu jest tematycznie znajoma.
„Pizdę uszu”, „zoba co jes”, „elektryczne bociany”, „każdy chuj ma swój strój” – program generuje więcej wyrażeń, które wchodzą do języka potocznego, niż jakikolwiek poprzedni. Pauzy w dialogach z Panem Kaziem są mistrzowskie – Pacześ wie, kiedy milczeć i dać widowni czas na dotarcie absurdu. Rytmika przy skali areny jest trudniejsza do utrzymania niż w teatrze, ale Pacześ radzi sobie z tym bez widocznego wysiłku.
„Nuworysz z traumami” to bardziej skomplikowana persona niż „chłopak z kamienicy z kompleksami” – i Pacześ utrzymuje ją spójnie przez cały wieczór. Moment, gdy odruchowo chce gonić z nożem sąsiadkę z zamkniętego osiedla, jest perfekcyjnym kapsułkowaniem tej dwoistości. Blok ojczymowy dodaje jej psychologiczną głębię, której wcześniejsze programy nie miały.
„ZOBA CO JES” jest programem większym niż „Puder” w skali i szerszym w zakresie tematycznym – blok ojczymowy to najdojrzalszy materiał Paczesia do tej daty. Ale precyzja dramaturgiczna „Pudru” jest tu miejscami gorsza. Program wychodzi na prostą przez siłę najlepszych bloków, nie przez równość poziomu całości. To krok w bok, nie krok w przód – a przy poprzedniku ustawionym na 8.7, to różnica istotna.
„ZOBA CO JES” jest czwartym programem w kolejności. Żeby zrozumieć, skąd wzięła się persona „Grubego Wióra” i jak wyglądała droga do hali, warto zacząć od Rafał Pacześ – Zaczynam Rozumieć – debiutu, w którym łódzki kod kulturowy pojawia się po raz pierwszy. Bezpośrednim poprzednikiem jest Rafał Pacześ – BANG, a architektonicznym szczytem dotychczasowej kariery – Rafał Pacześ – Puder do cery zimnej, do którego „ZOBA” jest naturalną kontynuacją.
Jeśli chcesz sprawdzić, co Pacześ zrobił po wejściu na areny, następne programy to Rafał Pacześ – BANG 2 i Rafał Pacześ – Benshi – ten drugi eksperymentuje z rejestrem i formą, wyraźnie testując, co zostanie z tej persony, gdy komik zmieni otoczenie i temat.
