Polskie kluby w Lidze Konferencji. Blisko, ale znów za daleko

Polskie kluby w Lidze Konferencji były blisko. I właśnie dlatego ta historia boli bardziej niż zwykłe odpadnięcie. Bo najgorsze w europejskich pucharach nie jest to, że ktoś cię rozbija 0:5 i po 20 minutach wiesz, że wracasz do domu. Najgorsze jest wtedy, gdy przez chwilę naprawdę widzisz drzwi. Masz rękę na klamce. Czujesz przeciąg z większego futbolu. I wtedy ktoś z drugiej strony spokojnie przekręca zamek.

Tak wyglądała polska Liga Konferencji w sezonie 2025/26.

Dużo nadziei.

Dużo dobrych momentów.

Dużo argumentów, że Ekstraklasa nie musi już w Europie wchodzić na boisko z miną człowieka, który przeprasza, że przeszkadza.

A na końcu znowu to samo zdanie, które polski kibic zna aż za dobrze: było blisko, ale za daleko.

W fazie ligowej Ligi Konferencji 2025/26 Polskę reprezentowały aż cztery kluby: Lech Poznań, Raków Częstochowa, Jagiellonia Białystok i Legia Warszawa. TVP Sport podkreślało, że to pierwszy taki przypadek w historii tych rozgrywek, a sama obecność czterech polskich drużyn była już sygnałem, że rankingowo i organizacyjnie coś w naszej piłce drgnęło.

Tylko że w Europie samo „drgnęło” nie wystarcza.

Europa nie daje medalu za poprawę nastroju.

Europa pyta: kto gra dalej?

Polskie kluby w Lidze Konferencji. Najpierw euforia, potem zimny sufit

Najpierw można było się cieszyć. I słusznie. Cztery polskie drużyny w fazie ligowej europejskich rozgrywek to nie jest drobiazg. Jeszcze kilka lat temu takie zdanie brzmiałoby jak bardzo odważny plan działacza po trzeciej kawie. Teraz stało się faktem.

Lech Poznań, Raków Częstochowa, Jagiellonia Białystok i Legia Warszawa stworzyły wrażenie, że Ekstraklasa zaczyna mieć trochę szersze barki. Nie jeden klub niesie całą ligę. Nie jedna przypadkowa seria. Nie jeden romantyczny wystrzał. Cztery zespoły, różne historie, różne kadry, różne modele i wspólny cel: przeżyć w Europie jak najdłużej.

To jest ważne, bo polska piłka przez lata miała problem powtarzalności. Raz ktoś odpalił, potem zgasł. Raz ktoś przeszedł eliminacje, potem przegrał wszystko. Raz ktoś zrobił wynik, potem sprzedał pół drużyny i zaczynał od nowa. Ekstraklasa była jak człowiek, który raz w roku postanawia zdrowo żyć, kupuje buty do biegania, wychodzi dwa razy i mówi: no, plan jest.

W sezonie 2025/26 plan wyglądał poważniej.

Ale poważniej nie znaczy jeszcze wystarczająco poważnie.

Bo jeśli chcemy mówić o prawdziwym kroku do przodu, to nie możemy zatrzymać się na dumie z samego udziału. Udział jest początkiem. Wynik jest dowodem.

Raków był najbliżej tego, żeby powiedzieć: my naprawdę należymy wyżej

Raków Częstochowa wyglądał w tej edycji jak polski klub najbardziej gotowy na europejskie granie. Niekoniecznie najbardziej efektowny. Nie zawsze najładniejszy. Ale często najbardziej konkretny. Raków ma w sobie coś, co w pucharach jest bardzo ważne: umie cierpieć bez paniki.

To brzmi mało romantycznie, ale w Europie romantyzm bez organizacji kończy się najczęściej ładnym zdjęciem i smutnym powrotem z lotniska.

Raków potrafi być niewygodny. Potrafi zamknąć mecz. Potrafi grać bez kompleksów, ale też bez udawania, że jest Manchesterem City z Częstochowy. W fazie ligowej był wysoko, a według tabeli UEFA znalazł się wśród drużyn premiowanych bezpośrednim awansem do 1/8 finału.

I właśnie dlatego odpadnięcie z Fiorentiną bolało.

Nie dlatego, że Raków był faworytem. Nie był.

Nie dlatego, że polski klub ma obowiązek eliminować Fiorentinę. Nie ma.

Bolało dlatego, że Raków był blisko stworzenia historii, która zmieniłaby ton całej rozmowy. WP SportoweFakty pisały, że Raków przegrał z Fiorentiną 1:2 w rewanżu 1/8 finału i pożegnał się z Ligą Konferencji, a włoski klub wygrał także pierwszy mecz.

To jest ten europejski detal.

Nie przepaść.

Detal.

Ale detal wystarczająco duży, żebyś oglądał ćwierćfinały w telewizji, a nie z murawy.

Jagiellonia pokazała charakter, ale Europa nie daje punktów za piękną reakcję

Jagiellonia Białystok miała w tej edycji momenty, które budowały sympatię neutralnego kibica. Klub z Białegostoku, który jeszcze niedawno nie kojarzył się z regularną Europą, nagle zaczął wyglądać jak drużyna, która chce pisać coś więcej niż lokalną historię.

A potem przyszła Fiorentina.

Pierwszy mecz był zimnym prysznicem. Jagiellonia przegrała u siebie 0:3, a Interia pisała, że po przerwie Włosi byli bezlitośni i że w rewanżu potrzebny będzie cud.

I teraz najciekawsze: Jagiellonia prawie ten cud zaczęła wyciągać z kieszeni.

W rewanżu wygrała 4:2. Polsat Sport relacjonował, że białostoczanie w regulaminowym czasie gry odrobili trzybramkową stratę z pierwszego meczu, a hat-tricka strzelił Bartosz Mazurek, ale w dogrywce awans przechylił się na stronę Fiorentiny.

To jest piękna i okrutna esencja polskiej Europy.

Najpierw dostajesz 0:3 i myślisz: no tak, jeszcze nie ten poziom.

Potem wygrywasz 4:2 i myślisz: jednak dało się.

A potem odpadasz i myślisz: właśnie dlatego nie dało się.

Jagiellonia nie odpadła bez głosu. To ważne. Nie zniknęła. Nie położyła się. Nie powiedziała: trudno, rywal za mocny, gramy dalej w lidze. Dała mecz, który kibice będą wspominać.

Tylko że europejskie puchary są brutalne.

Wspomnienie zostaje w sercu.

Awans zostaje w tabeli.

I Jagiellonia została z tym pierwszym.

Lech i Rayo, czyli mały obraz całego problemu

Lech Poznań miał w tej edycji mecz, który można by zamknąć w kapsule i podpisać: „Polski klub w Europie – instrukcja bólu”. Chodzi oczywiście o spotkanie z Rayo Vallecano.

Kolejorz prowadził w Madrycie 2:0. Do przerwy wyglądało to świetnie. Bramki, pewność, wynik, który na wyjeździe z hiszpańskim zespołem byłby bardzo mocnym komunikatem. A potem wszystko się rozsypało.

Eurosport pisał, że Lech prowadził z Rayo do przerwy 2:0, ale przegrał 2:3, tracąc gola w ostatnich sekundach spotkania.

To nie był tylko jeden mecz.

To był symbol.

Bo Rayo Vallecano później doszło aż do finału Ligi Konferencji. I nagle porażka Lecha przestaje wyglądać jak przypadkowy koszmar, a zaczyna wyglądać jak dokładna diagnoza dystansu: polski klub potrafi prowadzić z finalistą, potrafi go zranić, potrafi przez fragment meczu wyglądać jak drużyna gotowa na duży wynik.

A potem przychodzi końcówka.

Koncentracja.

Jakość zmian.

Odporność.

Zarządzanie chaosem.

I nagle 2:0 zamienia się w 2:3.

W tekście Crystal Palace i Rayo. Finał bez gigantów pisałem, że finał Palace – Rayo pokazuje, jak piękna potrafi być Liga Konferencji, gdy do głosu dochodzą kluby spoza głównego salonu. Dla Lecha ten sam finał jest jednak czymś więcej: przypomnieniem, że rywal, którego miałeś na widelcu, po kilku miesiącach grał o puchar.

I to boli.

Bo pokazuje, że droga nie była abstrakcyjnie daleka.

Była blisko.

Tylko znowu za daleko.

Legia, czyli europejski obowiązek, który tym razem zamienił się w rozczarowanie

Legia Warszawa ma w Polsce szczególny status w rozmowie o Europie. Można jej nie lubić, można się z niej śmiać, można wypominać ligowe wpadki, ale trudno zaprzeczyć, że przez lata była jednym z tych klubów, które najczęściej niosły polski współczynnik. Przyzwyczaiła kibiców do tego, że w Europie przynajmniej coś się wokół niej dzieje.

Dlatego jej odpadnięcie już w fazie ligowej było tak bolesne.

Portal PiłkaNożna.pl pisał w grudniu 2025 roku, że Legia po pięciu meczach miała tylko trzy punkty, zajmowała 30. miejsce, a jej szanse na awans były już zerowe.

I tu nie ma sensu przesadnie filozofować.

To był zły wynik.

W sezonie, w którym Polska miała cztery drużyny w fazie ligowej, Legia powinna być jedną z tych, które przynajmniej wychodzą dalej. Nie dlatego, że ma boskie prawo do awansu. Nie ma. Ale dlatego, że jej budżet, doświadczenie, stadion, presja i europejskie obycie zobowiązują.

Legia nie musi zawsze wygrywać.

Ale nie powinna tak wcześnie znikać.

Zwłaszcza w rozgrywkach, które dla polskich klubów są dziś najrealniejszą drogą do budowania pozycji.

Blisko, ale znów za daleko – co to właściwie znaczy?

To zdanie jest niebezpieczne, bo może stać się wygodną wymówką. „Byliśmy blisko” brzmi dobrze. Łagodzi ból. Daje poczucie postępu. Pozwala wrócić do kraju z podniesioną głową. Można powiedzieć: zabrakło detali, zabrakło szczęścia, zabrakło skuteczności, zabrakło jednej decyzji sędziego, zabrakło jednego wybicia.

Wszystko prawda.

Ale w pewnym momencie trzeba zapytać: dlaczego ciągle brakuje?

Dlaczego polski klub potrafi zagrać świetną połowę z Rayo, ale nie dowozi wyniku?

Dlaczego potrafi odrabiać straty z Fiorentiną, ale dopiero po pierwszym meczu, w którym dostał 0:3?

Dlaczego potrafi zbudować fazę ligową, ale nie utrzymać jakości w momencie, gdy zaczynają się naprawdę poważne rundy?

Dlaczego potrafi mieć atmosferę, zaangażowanie i przebłyski, ale wciąż przegrywa na poziomie detalu?

Bo detal w Europie nie jest detalem.

Detal jest różnicą klasy.

To brzmi brutalnie, ale tak jest. Na poziomie Ekstraklasy możesz przegrać koncentrację na 10 minut i jeszcze to naprawić. W Europie te 10 minut może być całym sezonem. Możesz mieć słabszy fragment i rywal z Serie A albo La Ligi nie tylko cię skarci, ale jeszcze zrobi to w takim momencie, że będziesz o tym myślał przez pół roku.

Polskie kluby już nie są chłopcami do bicia. Ale jeszcze nie są dorosłe

To chyba najuczciwsza diagnoza.

Polskie kluby zrobiły krok do przodu. Naprawdę. Nie ma sensu udawać, że nic się nie zmienia. Awans czterech drużyn do fazy ligowej, dobre momenty Rakowa, charakter Jagiellonii, europejskie mecze Lecha, sama szerokość reprezentacji Ekstraklasy – to są rzeczy, które jeszcze niedawno bralibyśmy w ciemno.

Ale krok do przodu nie oznacza, że jesteśmy już tam, gdzie chcielibyśmy być.

To nie jest jeszcze poziom, na którym polskie kluby regularnie wchodzą do ćwierćfinałów i półfinałów. To nie jest poziom, na którym Fiorentina, Rayo czy inni rywale z mocniejszych lig czują, że trafili na równorzędnego przeciwnika przez pełne 180 minut. To nie jest poziom, na którym możemy mówić o stabilnej europejskiej marce Ekstraklasy.

Jesteśmy w pół drogi.

A pół drogi jest irytujące.

Bo już widzisz cel.

Ale nadal do niego nie dochodzisz.

Fiorentina jako polski koszmar z Włoch

Fiorentina w tej historii zasługuje na osobny akapit, bo dla polskich klubów stała się czymś w rodzaju włoskiej odpowiedzi na zimny prysznic. Najpierw Jagiellonia, potem Raków. Dwie różne historie, ten sam wniosek: można postraszyć, można zagrać fragmentami dobrze, można nawet wygrać rewanż, ale ostatecznie to Viola idzie dalej.

I tu wracamy do europejskiego doświadczenia.

Fiorentina może nie jest dziś klubem z absolutnego szczytu Serie A, ale ma jakość, obycie i pucharową odporność. Potrafi przetrwać moment, w którym robi się niewygodnie. Potrafi wykorzystać błąd. Potrafi poczekać. Potrafi w dogrywce albo końcówce zrobić coś, czego polski klub nie dopina.

To jest różnica między drużyną, która gra w Europie po naukę, a drużyną, która gra w Europie po wynik.

Jagiellonia i Raków nie skompromitowały się z Fiorentiną.

Ale odpadły.

A w pucharach ta druga część zdania jest ważniejsza.

Liga Konferencji nie jest już „łatwą Europą”

Jeszcze niedawno część kibiców traktowała Ligę Konferencji jak trzecią kategorię europejskiego futbolu. Rozgrywki pocieszenia. Miejsce dla klubów, które nie zmieściły się w Lidze Europy. Szansa dla mniejszych federacji, ale bez prawdziwego ciężaru.

To myślenie jest coraz bardziej nieaktualne.

Wystarczy spojrzeć na finalistów i uczestników końcowych rund. Crystal Palace, Rayo Vallecano, Fiorentina, Aston Villa, Szachtar, Strasbourg, AEK, Raków, Jagiellonia, Lech. To nie jest turniej, który wygrywa się, bo przeciwnicy zapomnieli przyjechać.

Liga Konferencji stała się dla polskich klubów realną szansą, ale nie skrótem do chwały. Trzeba grać. Trzeba mieć kadrę. Trzeba mieć ławkę. Trzeba mieć powtarzalność. Trzeba umieć reagować na dwa mecze w tygodniu. Trzeba nie rozsypywać się po straconym golu. Trzeba dowozić prowadzenie 2:0 w Madrycie. Trzeba nie zaczynać dwumeczu z Fiorentiną od takiej straty, że rewanż zamienia się w misję ratunkową.

To nie jest łatwa Europa.

To jest Europa realna.

I właśnie dlatego tak dobrze weryfikuje.

Crystal Palace, Rayo i lekcja dla polskich klubów

Finał Crystal Palace – Rayo Vallecano jest dla polskich klubów ciekawą lekcją. Bo to nie są giganci w tradycyjnym sensie. Palace nie jest Manchesterem City. Rayo nie jest Realem Madryt. To nie są kluby, przy których polski kibic powinien mówić: no tak, inna galaktyka, nie ma o czym dyskutować.

A jednak są w finale.

To znaczy, że droga istnieje.

Nie jest łatwa, ale istnieje.

Rayo pokonało po drodze Lecha w fazie ligowej, a potem doszło do meczu o puchar. Palace przeszło swoją drogę przez Europę po zdobyciu FA Cup i zamieniło jedną wielką historię w następną. W tekście Crystal Palace i Rayo. Finał bez gigantów pisałem, że taki finał przypomina, po co w ogóle istnieje Liga Konferencji: żeby kluby spoza największego salonu też miały swoją noc.

Polski problem polega na tym, że nasze kluby nadal zbyt często są obok tej nocy.

Nie bardzo daleko.

Obok.

Ale obok finału to nadal nie finał.

Aston Villa i Emery pokazują, że Europa premiuje strukturę

Jeśli szukać pozytywnego wzoru dla polskich klubów, to niekoniecznie w największych potęgach. Nie ma sensu porównywać Ekstraklasy do PSG, Arsenalu czy Manchesteru City. To inne budżety, inne rynki, inna skala.

Ciekawsze są przykłady klubów, które dzięki strukturze i trenerowi zrobiły krok ponad oczywiste możliwości.

Aston Villa jest tu dobrym przykładem. W tekście Aston Villa wraca z dalekiej podróży pisałem o klubie, który dzięki pracy Unaia Emery’ego odzyskał europejską teraźniejszość. A tekst Unai Emery znowu robi swoje pokazuje coś jeszcze ważniejszego: w Europie trener, struktura i powtarzalny model potrafią podnieść klub wyżej, niż wskazywałaby sama tabela pieniędzy.

Polskie kluby muszą wyciągnąć z tego wniosek.

Nie wystarczy mieć jeden dobry skład.

Nie wystarczy dobry doping.

Nie wystarczy mocna pierwsza jedenastka.

Nie wystarczy trener, który dobrze przygotuje jeden mecz.

Potrzebny jest klubowy system, który przetrwa eliminacje, fazę ligową, zimę, transfery, kontuzje i moment, w którym rywal zaczyna być naprawdę trudny.

Największa bariera: kadra i powtarzalność

W Europie bardzo szybko wychodzi, czy masz kadrę, czy tylko pierwszy skład. Polskie kluby potrafią wystawić mocną jedenastkę. Problem zaczyna się, gdy trzeba grać co trzy dni, gdy kontuzje zabierają dwóch ludzi, gdy ktoś wypada za kartki, gdy zimą przychodzi oferta za najlepszego zawodnika, gdy rezerwowy musi wejść w 65. minucie i nie obniżyć poziomu.

To jest poziom, na którym polskie kluby wciąż gubią dystans.

Bo w Ekstraklasie można przykryć braki organizacją, atmosferą albo indywidualnym błyskiem. W Europie rywal widzi wszystko. Słabszą stronę. Wolniejszego stopera. Pomocnika, który pod presją gra tylko do tyłu. Rezerwowego bocznego obrońcę, który niby „da radę”, ale po wejściu na 30 minut dostaje skrzydłowego z Serie A albo La Ligi i nagle robi się pożar.

Dlatego bliskość polskich klubów jest jednocześnie prawdziwa i złudna.

Prawdziwa, bo mecze pokazują, że można rywalizować.

Złudna, bo pełna rywalizacja trwa nie 45 minut, nie jeden rewanż, nie emocjonalny zryw.

Trwa cały sezon.

Co polska piłka może sobie uczciwie wpisać na plus?

Po pierwsze: liczba drużyn. Cztery kluby w fazie ligowej to był realny sukces.

Po drugie: brak kompleksu w pojedynczych meczach. Lech prowadzący 2:0 z Rayo, Jagiellonia wygrywająca 4:2 we Florencji, Raków grający z Fiorentiną na styku – to nie są obrazki drużyn, które przyjeżdżają tylko po wymianę proporczyków.

Po trzecie: doświadczenie. Każdy taki sezon buduje nawyki. Podróże, logistyka, presja, VAR, tempo, sędziowanie, gra z rywalami z innych kultur taktycznych. To wszystko zostaje w klubach, jeśli kluby potrafią tego nie zmarnować.

Po czwarte: ranking i wiarygodność. Polskie drużyny zaczynają być częściej obecne, a sama obecność wielu klubów w fazach ligowych zmienia obraz Ekstraklasy.

To są dobre wiadomości.

Naprawdę dobre.

Tylko że dobry sezon nie może być końcem ambicji.

Musi być początkiem wymagań.

Co trzeba poprawić, żeby „blisko” zamieniło się w „dalej”?

Po pierwsze: zarządzanie meczem. Polskie kluby nadal za często tracą kontrolę wtedy, gdy trzeba mecz zabić, uspokoić albo przetrwać.

Po drugie: jakość zmian. W Europie rezerwowi nie mogą być tylko zawodnikami od odpoczynku dla podstawowych. Muszą realnie utrzymywać poziom.

Po trzecie: zimowa stabilność. Jeśli klub traci kluczowego piłkarza między fazą ligową a pucharową, to cała jesienna praca może dostać cios.

Po czwarte: stałe fragmenty. W pucharach one decydują zbyt często, żeby traktować je jako dodatek.

Po piąte: mentalność po dobrym wyniku. Prowadzenie 2:0 na wyjeździe z finalistą rozgrywek nie może kończyć się porażką 2:3. Oczywiście, to piłka, takie rzeczy się dzieją. Ale jeśli chcemy rosnąć, muszą dziać się rzadziej.

Po szóste: odwaga bez naiwności. Polskie kluby nie mogą tylko bronić, ale też nie mogą mylić odwagi z otwarciem autostrady do własnego pola karnego.

To nie są kosmiczne wymagania.

To są wymagania europejskiej dorosłości.

Nie jesteśmy już na początku. I dlatego wymówki są słabsze

Największa zmiana polega na tym, że polskie kluby nie mogą już wiecznie mówić językiem początkujących. Przez lata tłumaczyliśmy: budżety, poziom ligi, brak doświadczenia, pogoda, terminarz, sędzia, rywal w rytmie meczowym, my po przerwie, oni przed przerwą, boisko, kontuzje, losowanie.

Część tych argumentów bywa prawdziwa.

Ale im częściej gramy w Europie, tym mniej działają jak usprawiedliwienie.

Jeśli chcesz być poważny, musisz przyjąć poważne kryteria. A poważne kryteria mówią tak: Raków miał świetną fazę ligową, ale odpadł w 1/8 finału. Jagiellonia pokazała charakter, ale przegrała dwumecz. Lech miał finalistę na 2:0 i nie dowiózł. Legia odpadła za wcześnie.

To nie jest katastrofa.

To nie jest też sukces do odtrąbienia jako przełom.

To jest sezon, który mówi: jesteście bliżej niż kiedyś, ale nadal nie tam, gdzie chcecie być.

Polskie kluby a finały europejskie. Dlaczego to nadal brzmi jak marzenie?

Kiedy patrzymy na finały europejskich pucharów, widać dystans. PSG – Arsenal w Lidze Mistrzów to oczywiście inna galaktyka finansowa i sportowa. O tym, jak zmienia się układ sił na szczycie, pisałem w tekście Czy finał PSG – Arsenal to koniec starego układu w Europie?.

Ale Liga Konferencji miała być tą przestrzenią, w której marzenie jest bardziej realne.

I faktycznie jest.

Tylko realne nie znaczy łatwe.

Crystal Palace i Rayo doszły do finału nie dlatego, że los dał im prezent. Aston Villa grała o swoje cele nie dlatego, że historia sama ją wyniosła. PSG i Arsenal są na szczycie, bo mają struktury, trenerów, piłkarzy i powtarzalność. Nawet jeśli skala jest inna, mechanizm jest ten sam.

Europejskie finały nie są dla drużyn, które są blisko.

Są dla drużyn, które w decydującym momencie robią krok dalej.

Polskim klubom tego kroku wciąż brakuje.

Bliskość może być paliwem albo narkotykiem

To bardzo ważne. Sezon taki jak ten można wykorzystać na dwa sposoby.

Można powiedzieć: zobaczcie, byliśmy blisko, więc wszystko jest dobrze. I to jest niebezpieczne. Bo wtedy bliskość staje się narkotykiem. Daje chwilową ulgę, poprawia samopoczucie, pozwala nie zadawać trudnych pytań.

Można też powiedzieć: skoro byliśmy blisko, to znaczy, że mamy konkretny materiał do poprawy. I to jest paliwo.

Polska piłka musi wybrać tę drugą opcję.

Nie „brawo, prawie się udało”.

Tylko: dlaczego prawie?

Nie „pokazaliśmy charakter”.

Tylko: czemu charakter musiał ratować błędy z pierwszego meczu?

Nie „rywal był mocny”.

Tylko: co zrobić, żeby mocny rywal nie był już wyrokiem?

Nie „zabrakło szczęścia”.

Tylko: jak zbudować taki poziom, żeby szczęście nie musiało robić za dyrektora sportowego?

Polskie kluby w Lidze Konferencji. Blisko, ale znów za daleko

To był sezon, który dał nadzieję, ale nie dał przełomu.

Dał cztery polskie kluby w fazie ligowej, ale nie dał polskiego półfinału.

Dał dobre mecze, ale nie dał wielkiego awansu.

Dał emocje, ale nie dał pucharu.

Dał argumenty, że Ekstraklasa idzie do przodu, ale też przypomniał, że Europa nie ocenia progresu tak łagodnie jak własne media.

Raków był solidny i blisko, ale odpadł z Fiorentiną.

Jagiellonia pokazała charakter, ale za późno zaczęła ratować dwumecz.

Lech miał mecz z finalistą w rękach, ale wypuścił go w sposób, który będzie wracał w głowie.

Legia zawiodła, bo odpadła wcześniej, niż klub o takim potencjale powinien.

I właśnie tak wygląda dziś polska Europa.

Nie jest już wstydliwa.

Nie jest już całkiem naiwna.

Nie jest już tylko opowieścią o szybkim odpadaniu w lipcu.

Ale nadal nie jest opowieścią o przełomie.

To jest historia ligi, która podeszła bliżej drzwi, zobaczyła, co jest po drugiej stronie, może nawet przez chwilę poczuła, że tam pasuje.

A potem znowu została na korytarzu.

Blisko.

Ale za daleko.

I dopóki to zdanie będzie wracać po każdym sezonie, dopóty polskie kluby będą miały obowiązek nie tylko się cieszyć, że zrobiły postęp, ale też uczciwie zapytać, dlaczego ten postęp znowu skończył się przed najważniejszym wejściem.

Przewijanie do góry